Dziewanna
królowa łąki
nosiła na głowie
modrą miednicę
nieba
Śpiewały dla niej
świerszcze
Rozchodnik klęczał
u jej zielonych
pantofli
Dziewczyna wróżąc
wydarła żółte oczy
dziewannie
W nocy
dziewanna
pod okno przychodzi
Dziewczyna
w rękach mężczyzny
się chowa
Ślepa dziewanna
na parapecie staje
podtrzymywana
przez czarne nietoperze
Mężczyzna
głowę dziewczyny
kołysze
powieki wargami
zasłania
aby świerszcze
oczu jej
nie wypiły
Poznał ją
z ciemnym dnem
traw
z nocną głębokością
pszenic
z czarnym wnętrzem
maków
Szła w mrok
za jego dłonią
jak za białą gwiazdą
przez próg
którego nigdy nie przestąpiło
słońce
Do spłowiałych ścian
umierających lamp
zasłon
spinanych
agrafką lęku
Obca ciemnościom
poruszała się
jak kalekie zwierzę
Wyprowadzona
na słońce
oślepła
dla niego
Nie przenika
ślepej skóry
światło
jego palców