Dziewanna
królowa łąki
nosiła na głowie
modrą miednicę
nieba
Śpiewały dla niej
świerszcze
Rozchodnik klęczał
u jej zielonych
pantofli
Dziewczyna wróżąc
wydarła żółte oczy
dziewannie
W nocy
dziewanna
pod okno przychodzi
Dziewczyna
w rękach mężczyzny
się chowa
Ślepa dziewanna
na parapecie staje
podtrzymywana
przez czarne nietoperze
Mężczyzna
głowę dziewczyny
kołysze
powieki wargami
zasłania
aby świerszcze
oczu jej
nie wypiły
Ja dziki człowiek
boję się słów
zimnych ciężkich obojętnych
Boję się
cierpkich uśmiechów
przymrużeń oczu
wzruszeń ramion
Kiedy byłam dzieckiem
pisałam wiersze na strychu
żeby się nie śmiali
Godzinami rozmyślałam
jak wyleczyć chorą nogę
żaby siedzącej w rowie
Dziś jak wtedy
pragnę rąk które głaszczą
Słów ciepłych i miękkich
jak owcza wełna