Zgasła na oknie pelargonia
Palił się tylko nade mną
twój oddech
Z głową przechyloną
przez krawędź księżyca
spadałam na dno nocy
Witała go
z balkonu
płonącą dłonią
Wybiegała
na próg
Podawała mu
swoje piersi
Zasypiała
na jego ramieniu
Kiedy wychodził
wychodziła
Kiedy wracał
wracała
Dziwił się
Cieszył się
Nie wiedział
że ona boi się
zabitych drzew
zamienionych w meble
i podłogi
patrzącej na nią
ironicznie zmrużonymi
szparami