Poznał ją
z ciemnym dnem
traw
z nocną głębokością
pszenic
z czarnym wnętrzem
maków
Szła w mrok
za jego dłonią
jak za białą gwiazdą
przez próg
którego nigdy nie przestąpiło
słońce
Do spłowiałych ścian
umierających lamp
zasłon
spinanych
agrafką lęku
Obca ciemnościom
poruszała się
jak kalekie zwierzę
Wyprowadzona
na słońce
oślepła
dla niego
Nie przenika
ślepej skóry
światło
jego palców
Myślałam
Wreszcie będę mówić
Tyle się we mnie
słów zebrało
Tyle słów
dojrzałych i twardych
jak ziarnka żyta
cierpkich
jak gruszki polne
aksamitnych
jak pszczoły
Myślałam
Dam ci te moje słowa
Ale kiedy otworzyłam usta
zamknąłeś je
swoimi wargami
Cofnęły się słowa moje
schowały się we mnie
jak ptaki lękliwe
Teraz
już tylko czasami
wyglądają oczami