Kiedy wspomnę
pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce

Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona

Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręka usta

Nie mogę przecież krzyczeć


Witała go
z balkonu
płonącą dłonią

Wybiegała
na próg

Podawała mu
swoje piersi

Zasypiała
na jego ramieniu

Kiedy wychodził
wychodziła

Kiedy wracał
wracała

Dziwił się
Cieszył się

Nie wiedział
że ona boi się
zabitych drzew
zamienionych w meble
i podłogi
patrzącej na nią
ironicznie zmrużonymi
szparami