Ja dziki człowiek
boję się słów
zimnych ciężkich obojętnych

Boję się
cierpkich uśmiechów
przymrużeń oczu
wzruszeń ramion

Kiedy byłam dzieckiem
pisałam wiersze na strychu
żeby się nie śmiali

Godzinami rozmyślałam
jak wyleczyć chorą nogę
żaby siedzącej w rowie

Dziś jak wtedy
pragnę rąk które głaszczą
Słów ciepłych i miękkich
jak owcza wełna


W spódnicy
do ziemi samej
szła Matka Boska
w kolorowej chuście
dzieciątko niosła

Chrystusik
różową piętę
z chusty wysunął

A ja
mała święta Bernadetta
nieco większa od zająca
szłam za nimi

Matka Boska
w szarą szmatę
rumianki zbierała
dla syneczka
na chory brzuszek

Nad potokiem
w macierzance
dzieciątko ułożyła

Pieluchę
w potoku prała
na głogu
suszyła

Chrystusik
w macierzance
zloty tyłek
do nieba wystawił

A ja
mała święta Bernadetta
nieco większa od zająca
za głogiem siedziałam

Koło płotu
za stodołą
Matka Boska
kurę czerwoną
złapała

Do chusty
z Chrystusikiem
włożyła

I poszliśmy
oni przodem
ja za nimi
a za nami
świerszczy stado

Pod lasem
gdzie jarzębiny
stało dużo
wielkich wozów
z małymi oknami

Do nich wiodły
srebrne schody
wysoko

Po tych schodach
Matka Boska
do nieba wchodziła
z Chrystusikiem
i kurą czerwoną

A ja
mała święta Bernadetta
nieco większa od zająca
przykucnięta w rowie
czekam
aż znowu na ziemię
zejdzie

Słońce
kładzie mi na oczy
żółte okulary
snu

I ja
mała święta Bernadetta
nieco większa od zająca
mam widzenie

Schodzi z wozów
wiele Matek Boskich
Każda niesie
Chrystusika
i kurę czerwoną