Ja dziki człowiek
boję się słów
zimnych ciężkich obojętnych
Boję się
cierpkich uśmiechów
przymrużeń oczu
wzruszeń ramion
Kiedy byłam dzieckiem
pisałam wiersze na strychu
żeby się nie śmiali
Godzinami rozmyślałam
jak wyleczyć chorą nogę
żaby siedzącej w rowie
Dziś jak wtedy
pragnę rąk które głaszczą
Słów ciepłych i miękkich
jak owcza wełna
Kiedy wspomnę
pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce
Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona
Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręka usta
Nie mogę przecież krzyczeć
Oto wycie
rozsadzające
ściany domu
ściany powietrza
Oto wycie
zwiastujące
początek świata
Zwijają się
z przerażenia
liście drzew
Przestraszone zwierzęta
uciekają
Tylko ludzie
cierpliwie
wytrwale
od wieków
słuchają
Stwórcy wszechmocnego
poprawiać nie chcą
Oto wycie
wzywające
na sąd ostateczny
słuchaczy cierpliwych
Wszelki ból
jest przeciwko naturze
przeciwko ziemi
przeciwko niebu
Lecący na księżyc
posłuchajcie
to wyje człowiek
rodzący człowieka