Mieszkasz we mnie
jak w zamkniętym koszu
do którego nie mogę
zajrzeć

A przecież to ja
pozwoliłam ci
tam zamieszkać

Stałeś się
niezależny
i nieustępliwy

Proszę
Wyprowadź się
Ciasno mi z tobą
Zostajesz
wbrew mojej woli

Zamieniasz mnie
bez mojego udziału
bez mojej zgody
w pękatą butlę

W nocy
z lękiem dotykam
brzucha

Mówię
nie
Krzyczę
nie

Jesteś
jak powódź
nie do zażegnania

Jak ogień
nie do opanowania

Jak trzęsienie ziemi

Jak słońce


Przytulona do ziemi
rozczesywała palcami
żółty rozchodnik

Gasły w mroku
jej oczy

Spadały nisko
ciężkie płatki
powiek

Wtedy wyszedł
z granatowych jałowców

Uniósł ją
w księżycowych ramionach
nad ziemię
wysoko

Śmiała się
aż dalekie kuropatwy
odwracały zdziwione głowy

Jesteś wołała
jesteś

Złożył ją na mchu
delikatnie
jak śpiącego świerszcza

Kołysał w dłoniach
jej bose stopy

Potem uwił wianek
z nocnych rumianków

To będzie
twój ślubny wianek
szeptał
i wpinał w jej uszy
zielone świetliki

Kiedy żyłeś
mówiła
bały się ciebie
świetliki