Przytulona do ziemi
rozczesywała palcami
żółty rozchodnik
Gasły w mroku
jej oczy
Spadały nisko
ciężkie płatki
powiek
Wtedy wyszedł
z granatowych jałowców
Uniósł ją
w księżycowych ramionach
nad ziemię
wysoko
Śmiała się
aż dalekie kuropatwy
odwracały zdziwione głowy
Jesteś wołała
jesteś
Złożył ją na mchu
delikatnie
jak śpiącego świerszcza
Kołysał w dłoniach
jej bose stopy
Potem uwił wianek
z nocnych rumianków
To będzie
twój ślubny wianek
szeptał
i wpinał w jej uszy
zielone świetliki
Kiedy żyłeś
mówiła
bały się ciebie
świetliki
Ja dziki człowiek
boję się słów
zimnych ciężkich obojętnych
Boję się
cierpkich uśmiechów
przymrużeń oczu
wzruszeń ramion
Kiedy byłam dzieckiem
pisałam wiersze na strychu
żeby się nie śmiali
Godzinami rozmyślałam
jak wyleczyć chorą nogę
żaby siedzącej w rowie
Dziś jak wtedy
pragnę rąk które głaszczą
Słów ciepłych i miękkich
jak owcza wełna
Oto wycie
rozsadzające
ściany domu
ściany powietrza
Oto wycie
zwiastujące
początek świata
Zwijają się
z przerażenia
liście drzew
Przestraszone zwierzęta
uciekają
Tylko ludzie
cierpliwie
wytrwale
od wieków
słuchają
Stwórcy wszechmocnego
poprawiać nie chcą
Oto wycie
wzywające
na sąd ostateczny
słuchaczy cierpliwych
Wszelki ból
jest przeciwko naturze
przeciwko ziemi
przeciwko niebu
Lecący na księżyc
posłuchajcie
to wyje człowiek
rodzący człowieka