Ukryci głęboko
we fioletowych wrzosach

Splątani ramionami
głośnym oddechem
przestraszyli sarnę

Zdziwiona wilga
przestała gwizdać

Trzmiel
schował dyskretnie głowę
w kieliszku dzwonka

Słońce
nawlekało gorliwie
na żółte nitki promieni
korale jarzębiny

Tylko krasnoludek
wszedł z lornetką
na dach muchomora


Kiedy wspomnę
pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce

Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona

Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręka usta

Nie mogę przecież krzyczeć