Ukryci głęboko
we fioletowych wrzosach

Splątani ramionami
głośnym oddechem
przestraszyli sarnę

Zdziwiona wilga
przestała gwizdać

Trzmiel
schował dyskretnie głowę
w kieliszku dzwonka

Słońce
nawlekało gorliwie
na żółte nitki promieni
korale jarzębiny

Tylko krasnoludek
wszedł z lornetką
na dach muchomora


Ja dziki człowiek
boję się słów
zimnych ciężkich obojętnych

Boję się
cierpkich uśmiechów
przymrużeń oczu
wzruszeń ramion

Kiedy byłam dzieckiem
pisałam wiersze na strychu
żeby się nie śmiali

Godzinami rozmyślałam
jak wyleczyć chorą nogę
żaby siedzącej w rowie

Dziś jak wtedy
pragnę rąk które głaszczą
Słów ciepłych i miękkich
jak owcza wełna