Odwraca na patelni
płaską flądrę
żółtym brzuchem do góry
Pokrywki garnków
są srebrne
jak kilka nitek w jej włosach
Wysoko na półkach
ustawia malinowe konfitury
Wieczorem
kładzie po obu stronach książki
zmęczone ręce
lecz zaraz wstaje
przynosi podartą powłokę
Nachyla nad nią oczy
zielone jak liście truskawek
i czoło z trzema zmarszczkami
Nie rozprostuję tych zmarszczek
palcami
Mieszkasz we mnie
jak w zamkniętym koszu
do którego nie mogę
zajrzeć
A przecież to ja
pozwoliłam ci
tam zamieszkać
Stałeś się
niezależny
i nieustępliwy
Proszę
Wyprowadź się
Ciasno mi z tobą
Zostajesz
wbrew mojej woli
Zamieniasz mnie
bez mojego udziału
bez mojej zgody
w pękatą butlę
W nocy
z lękiem dotykam
brzucha
Mówię
nie
Krzyczę
nie
Jesteś
jak powódź
nie do zażegnania
Jak ogień
nie do opanowania
Jak trzęsienie ziemi
Jak słońce