Bała się
zwiędłego liścia
ciszy
bezwładnego skrzydła
nudy
martwej muszli
pustki

Lękała się
łoskotu obcych
kroków
twardych kamieni
oczu
jedwabnej skóry
bezmyślności

Drżała
przed ołowianym dzwonem
samotnych godzin
przed szarym mostem
zagubienia
przed czarną studnią
bezradności

Czekała
na uśmiech
po którym mogłaby przejść
na drugi brzeg
gdzie jest ciepło
i kwitnie tatarak


Co noc 
zasypiała
w bezpiecznym gnieździe
jego ramion
broniacym dostepu
drapieżnym ptakom
samotności

Odnajdywał ją
wśród czarnych gałęzi
snu
żeby powiedzieć
że jest
dla niej

W noc
najciemniejszą
odeszla
z bezpiecznego gniazda
jego ramion
i zabłąkała się
w mroku

Teraz
wśród nocnych drzew
śpiącym kawkom
gniazd ciepłych
zazdrości