Bała się
zwiędłego liścia
ciszy
bezwładnego skrzydła
nudy
martwej muszli
pustki
Lękała się
łoskotu obcych
kroków
twardych kamieni
oczu
jedwabnej skóry
bezmyślności
Drżała
przed ołowianym dzwonem
samotnych godzin
przed szarym mostem
zagubienia
przed czarną studnią
bezradności
Czekała
na uśmiech
po którym mogłaby przejść
na drugi brzeg
gdzie jest ciepło
i kwitnie tatarak
Przytulona do ziemi
rozczesywała palcami
żółty rozchodnik
Gasły w mroku
jej oczy
Spadały nisko
ciężkie płatki
powiek
Wtedy wyszedł
z granatowych jałowców
Uniósł ją
w księżycowych ramionach
nad ziemię
wysoko
Śmiała się
aż dalekie kuropatwy
odwracały zdziwione głowy
Jesteś wołała
jesteś
Złożył ją na mchu
delikatnie
jak śpiącego świerszcza
Kołysał w dłoniach
jej bose stopy
Potem uwił wianek
z nocnych rumianków
To będzie
twój ślubny wianek
szeptał
i wpinał w jej uszy
zielone świetliki
Kiedy żyłeś
mówiła
bały się ciebie
świetliki
Na dźwięk
zimnego głosu
oczy
przestraszone świerszcze
chowają się
w szparach podłogi
albo w pudełeczkach
powiek
Dłonie
latają w powietrzu
jak płochliwe jemiołuszki
Wśród obcych spojrzeń
słowa
nieporadne gołe
szczeniaki
I żadne antybiotyki
tylko ciepły klimat
głosu miękkiego
jak żółty puch
małych kurcząt