Witała go
z balkonu
płonącą dłonią

Wybiegała
na próg

Podawała mu
swoje piersi

Zasypiała
na jego ramieniu

Kiedy wychodził
wychodziła

Kiedy wracał
wracała

Dziwił się
Cieszył się

Nie wiedział
że ona boi się
zabitych drzew
zamienionych w meble
i podłogi
patrzącej na nią
ironicznie zmrużonymi
szparami


Taka jesteś ładna
i zwyczajna
jakbyś nigdy nie była
Wieżą z Kości Słoniowej
Królową Męczenników
Panną Czcigodną
ale prostą dziewczyną
która wróciła
przed chwilą
z wiadrem wody
od studni
a teraz niesie
gołego malca
żeby go wykąpać
w drewnianej balii